sobota, 9 października 2010

Janusz Rudnicki

Na dowód tego, że czytam czasem jakąś książkę z tych lepszych lektur, chciałem polecić jednego polskiego pisarza. [W tym miejscu, dwie trzecie czytelników mówi – boooooring! – i całkiem słusznie naciska taki krzyżyk w prawym górnym rogu witryny internetowej. Jeżeli jednak tego nie zrobiłaś/zrobiłeś, poznasz przynajmniej ze dwie barwne anegdoty zawierające słowa powszechnie uznane za wulgarne, czyli to co ludzie tak prostaccy jak my, lubią najbardziej.]



Janusz Rudnicki w tym roku był nominowany do nagrody fundowanej przez znanego producenta odzieży sportowej. Jak można się domyślać nagrody tej nie zdobył. Zdobył ją Pan Tadeusz Słobodzianek za książkę „Nasza klasa”. Nic nie mam do tego autora, książki oczywiście nie czytałem – bez przesady, nie wszystkie naraz – ale nagroda wydaje mi się dość pretensjonalna i do bólu poprawna, z gatunku tych so gazeta wyborcza stylin’. Cytując źródło - Akcja "Naszej klasy" osnuta jest wokół pogromu w Jedwabnem w 1941 roku. Opowiada o uczniach i uczennicach jednej klasy szkoły powszechnej, Polakach i Żydach z małego miasteczka na wschodzie Polski. Razem uczą się, bawią, wchodzą w dorosłość, aby podczas wojny stać się dla siebie katami i ofiarami.

No proszę Państwa, no ileż można wałkować ten temat, umieram z nudów, przecież filosemityzm już od dawna jest niemodny. To już się skończyło – Szalom na Szerokiej, Nigel Kennedy grający z Kroke, kupowanie menory jako durnostojki i stawianie jej na półce koło miniaturki wieży Eiffla, muszelek z Bałtyku i tatrzańskiej ciupagi. Znając Gazetę Wyborczą (przez ukochanych a rebours prawicuchów zwaną również Wybiórczą wymiennie z Gadułą Wyrodną), za kolejnych 20 lat dalej będzie istniał tylko temat Jedwabnego i zadawanie pytań młodym Polakom: Czy już się Stasiu pogodziłeś z Twoim rówieśnikiem z Izraela? Czy Patryczku przeprosiłeś Goldę za grzechy pradziadka? A jak wiadomo, Patryczek najchętniej zapytałby Goldę w stylu małego Romka Polańskiego – Dymasz się?

Disclaimer. Jako człowiek wykształcony, wyrobiony w towarzystwie oraz czytający Gazetę Wyborczą, pragnę niniejszym zapewnić, iż nie jest moim celem obrażenie czyichkolwiek uczuć, w szczególności Żydów czy Polaków. Ubolewam nad Jedwabnym. To było megachujowe zachowanie ze strony moich rodaków i nie usprawiedliwia nas to, że inne nacje nie mniejsze kurewstwa nam wówczas wyrządzały. Kali nie mieć racji, twierdząc, że jak on to dobrze, a jak jego to niedobrze.



Do rzeczy, bo pół tekstu gotowe, a ciągle nie na temat. Zaczęło się od wywiadu, który przeczytałem z Rudnickim, w którym np. tak opowiedział o tym jak poznał trzecią żonę - Kiedy się poznawaliśmy, powiedziałem: "Chujem ci z oczu patrzy", na co ona: "Bo się w nich odbijasz", albo jaka jest różnica między stosunkami sąsiedzkimi w Niemczech i w Polsce - W Niemczech, jeśli przeszkadzałbym sąsiadom, dostałbym pismo urzędowe, że w związku ze skargami prosimy, w przeciwnym razie naruszenie przepisu takiego i takiego. A u nas? Zapukałby do moich drzwi sąsiad i powiedział: panie Rudnicki, mówię tu do pana w imieniu lokatorów, przestałby pan kopcić na naszym wspólnym balkonie i stawiać tam słoiki, bo nas to po prostu, za przeproszeniem, wkurwia. A pan Rudnicki powiedziałby: dymię przecież w kosmos. A co to wy, gwiazdy, kurwa, że wam to przeszkadza?, albo o symbolach w literaturze - Do symboli w prozie to mam stosunek więcej niż przerywany. Symbole to taki rodzaj gimnazjalnego quizu. I ta satysfakcja, że się je odgadło, ojej. Symbol to objazd. A ja wolę prosto, choćby po dziurach.

Więc od razu mi się spodobał, bo zwęszyłem kapitalne kpiarskie, ironiczne i cyniczne podejście do rzeczywistości. Przeczytałem zatem opowiadania „Śmierć czeskiego psa” i sprawiło mi to radość, bo w większości są zajebiste. Jednocześnie afirmacja świata i zgorzknienie. Na przemian depresja i śmiech. Mizantropia i wiara w człowieka. Więc generalnie nieistotne czy na Najka Rudnicki zasłużył czy nie, polecam przeczytanie. Z pewnością spodoba się każdemu, kto lubi klimaty Głowackiego, Himilsbacha, Andermana. Na zachętę powiem, że opowiadania liczą tylko niecałe 200 stron dużą czcionką w wydawnictwie WAB, więc bardzo nie boli.

sobota, 2 października 2010

Na salonach

Ostatnio spędzałem dużo czasu w domu. Uczyłem się. Przez to się nudziłem. Nuda doprowadziła mnie do desperacji. Desperacja doprowadziła mnie do sprawy najgorszej, do surfowania po sieci Internet. Tu natomiast czekał (czekał od bardzo dawna) demon w sensie ścisłym. Portal www.salon24.pl (w skrócie portal ów skupia środowiska prawicowe, prawicowe bardziej oraz prawicowe najbardziej).

Nie czas tutaj by cytować Stanisława Lema – „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, póki nie skorzystałem z Internetu”. Nie czas by tłumaczyć, że portalów ci u nas dostatek, a gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Wreszcie nie czas by mówić, że to tylko nieszkodliwi internauci.

A jednak! Czytam i się przerażam. No najnormalniej w świecie ci ludzie mają rację! Nie zwariowałem! Jakby nie patrzeć. Całe świadome życie żyłem w błędzie, głosowałem nie na te partie co trzeba, nieprawomyślne poglądy dzieliłem, niewłaściwe wartości (a w zasadzie ich brak) wyznawałem. Źle się prowadziłem, ale Pan Bóg z nieba dobrotliwie pokiwał palcem zrzucając klapki z oczu – Nie idźże tą drogą! - wskazując na szybką ścieżkę ku prawdzie, dobru i sprawiedliwości pod stosownym adresem internetowym.



Pierwsza rzecz. Ludzie z portalu salon24 w znakomitej większości widzą świat prostym, w którym wszystko jest jasne, logiczne i spójne. Nie od dziś głosiłem nieśmiało tezę, że tego rodzaju przeświadczenie wiedzie w najlepszym razie do mentalnego faszyzmu (a jak wiadomo faszyzm to oznaka krótkiego siusiaka).

Druga rzecz. Ludzie z portalu salon24 są potwornie nudni. Jest to nuda wiekuista znamionująca mentalnych starców i zgredów, a zakładam, że jednak większość użytkowników wieku chrystusowego jeszcze nie dożyła. Ja rozumiem, że można być republikaninem w wieku lat 65 i podpalając cygaro pierdolić nieznośnie mentorskim tonem o moralności i pouczać młodzież jak żyć. Ale w wieku dwudziestu lat?

Trzecia rzecz
. Ludzie z portalu salon24 są grafomanami i czytają potworne ilości książek. Owszem przeczytam czasem jakąś książkę z tych lepszych lektur i znanych aktorów, pisarzy znaczy się, śmiem twierdzić, że nawet trochę ponad średnią wyrastam. Ale też zdaję sobie sprawę, że wraz z kolejną przeczytaną książką nie zwiększa mi się linearnie inteligencja, czyli zupełnie odwrotnie niż u użytkowników wzmiankowanego portalu. Mao Zedong pochłaniał jedną książkę za drugą, niemniej niż trzy dziennie jebany czytał, a jego wachlarz zainteresowań czytelniczych sięgał od klasyków starożytnej filozofii po przepisy kucharskie. Jak wiadomo, cały chuj z tego czytania dla Chińczyków wyszedł i na obiad zęby w ścianę wbijali.



Disclaimer. Nie utożsamiam prawicowców z idiotami (z zasady). W dalszym ciągu, choć z coraz większym zdumieniem, dopuszczam, że ktoś może wierzyć, że Jarosław Kaczyński ma rację. W ostateczności dopuszczam, że nawet młodzi ludzie mogą go wspierać. Ale żeby się tym w wolnym czasie, w sposób absolutnie grafomański i nachalny, chełpić? Ale żeby płodzić cztery opasłe teksty codziennie, z których wynikają tylko groźby Rosji, Unii Europejskiej, Michnika i Geremka (pamiętacie słynny transparent na pogrzebie – „Dziękujemy Ci Boże, że już go od nas zabrałeś”)? Ale żeby czytać Nasz Dziennik i oglądać TV Trwam? Taa, znowu Bismarck miał rację – „Kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie łajdakiem”.

sobota, 25 września 2010

Dylemat oralny

Branżowe gazety plotkarskie donoszą, że David Beckham zdradził małżonkę Victorię z prostytutką. Rzeczona kurtyzana pochwaliła się w brytyjskiej bulwarówce, że zrobiła Davidowi laskę. Ściślej nawet parę lasek. Stwierdziła przy tym, iż nie uważa tego za zdradę Davida wobec Victorii, wszak to tylko blowjob był. Słynące z precyzji i drobiazgowości w tej mierze magazyny nie sprecyzowały czy blowjob był z przysłowiowym i anegdotycznym „połykiem” czy też bez, tudzież jak wpływa to na klasyfikację oralno-moralną zdrady Becks’a lub braku zdrady.



Żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Dawno temu tworzone były meganudne filmy z nurtu kina moralnego niepokoju. Szczególnie reprezentatywnymi przedstawicielami owego nurtu byli tacy twórcy jak Krzysztof Kieślowski, Feliks Falk czy Krzysztof Zanussi. W swych filmach poruszali dziwaczne i wydumane problemy związane ze społecznym nieprzystosowaniem czy relatywizmem moralnym bohaterów, które nijak się miały do prawdziwych problemów zwykłego człowieka. W sposób jasny i zrozumiały, wynikający z dialektycznej teorii dziejów, problemy te dawno skończyły się robiąc miejsce prawdziwym życiowym dylematom i ludzkim niepokojom, takim jak przedmiotowa „laska”.

Problem jest oczywiście ważki oraz złożony i obawiam się, że tak naprawdę nie do rozwiązania. Nie jest przy tym bynajmniej sporem czysto teoretycznym, który odbywałby się w zaciszu akademickich murów. Ba! On ma pierwszorzędne znaczenie praktyczne dla całej warstwy społecznej młodych Polaków i Polek, Europejczyków i Europejek i aktualizuje się w szczególności wraz z nastaniem weekendu. Dylematem podstawowym jest oczywiście to, czy laska jest zdradą czy nie. Jeżeli tak, to czy zdrada istnieje po obu stronach, tj. czynnej, sprawczej (ona lub on) i biernej, wykonawczej (on)? Brnąc w problem głębiej, czy okoliczności czynu są relewantne – czas, miejsce, stan spożycia alkoholu? Zasadnicza jest kwestia winy (czy może wchodzić w grę nieumyślność lub zamiar ewentualny?) i adekwatnego związku przyczynowo-skutkowego, który doprowadził do zdarzenia. O problemie szkody/krzywdy, a także ewentualnego zadośćuczynienia nie wspominając.

Już na tym etapie problemów bez liku i w zasadzie można przyjąć, że jednoznacznych i klarownych odpowiedzi być nie może. Problem spowoduje naturalną polaryzację stanowisk. Jedni będą przyjmowali twarde i dogmatyczne stanowisko, że jakakolwiek forma ingerencji osoby trzeciej w sfery cielesne jest zdradą. Druga strona przyjmie stanowisko elastyczne, że to zależy, że to w zależności.



Tak czy inaczej, w sposób jasny widać, jak bardzo ważna i potrzebna jest publiczna dyskusja i dialog w tym zakresie. Niech casus Beckhama będzie więc dobrym asumptem do jej zainicjowania, bo czas jest najwyższy. Patronat internetowy obejmie Pudelek.pl, a z ramienia telewizji TVN. Moderatorem dyskusji mógłby zostać Kuba Wojewódzki, a Borys Szyc zagrałby w pokazowym filmie „Jak to się robi” dając podwaliny pod nurt kina oralnego niepokoju.



Świat stanął nad przepaścią. Horyzont głupoty przesunął się. Żyjemy w czasach cudownych metafor...

piątek, 10 września 2010

Drobnomieszczaństwo

Mam problem z drobnomieszczaństwem. Zarazem współtworzę je (w bardzo oczywiście niewielkim zakresie) i je z całą stanowczością kontestuję. Taka jakby antynomia chyba.

Ubóstwiam ten cały anturaż drobnomieszczanina (warszawskiego rzecz jasna), pielęgnowania tych kurewsko małych, wręcz minimalnych i w gruncie rzeczy potwornie śmiesznych czynności, jak meble z Ikei, lurowata kawa z pl. Zbawiciela, rurki z River Island, drobne używki, oglądanie ultramodnych i zajawkowych amerykańskich seriali. Zarazem wpadam w szał (Andrzeju... Nie denerwuj się!) na samą myśl, że w tym nonsensownym kole absurdu współistnieję, dbam o jakieś banalne szczególiki z pedantyzmem Adama Miauczyńskiego, w sposób absolutnie kołtuński wyrzekam się różnych rzeczy.

Nie masz, nie masz ratunku ani ucieczki przed jednym albo drugim.



Za stworzenie potwora drobnomieszczaństwa w Polsce obwiniam przede wszystkim telewizję TVN i koncern ITI (zagadka: Jesteś kibicem Legii, znajdź rym do ITI, którym nie jest spier-da-laj). Dopóki na polskim rynku panował Polsat, wszystko było jak Pan Bóg przykazał - po katolicku, prowincjonalnie, z zatęchłym zapaszkiem niedzielnej kapuchy oraz przypalonego schabowego. Rodziny gromadziły się przed telewizorem i jak te lemury wbijały ślepia w Miodowe lata i 13 posterunek. Pełen kolektywizm, paternalizm i żadnej niezależnej inicjatywy. No i mogło by być tak pięknie, żylibyśmy długo i szczęśliwie, wybieralibyśmy bramkę nr 2, wygrywalibyśmy rodzinne samochody i jeździlibyśmy na wczasy nad lodowaty Bałtyk. Zamiast Schengen i swobód Unii Europejskiej, okazywalibyśmy celnikom Paszport Polsatu. W nieskończoność słuchalibyśmy Top One na pierwszym miejscu Disco Relax i wybieralibyśmy Aleksandra Kwaśniewskiego na 10, 11 i 12 kadencję. Przyznaję, gdzieś tkwi we mnie sentyment za taką Polską.

Ale się skończyło, bo wszystko się kończy. Przyszedł TVN, a wraz z nim „cywilizacja Zachodu”. Rozpanoszyły się inne obyczaje – nowy, lepszy świat miasta, w którym panuje pieniądz, egocentryzm oraz tzw. wyzwolenie seksualne. Niczym Piotr I do Rosji przybył Pan Walter jak odnowiciel i zaproponował nowe mody, trendy i zwyczaje, które Polacy z całą skwapliwością przyjęli. Nowym idolem nastolatków i młodych yuppies został Big Brother oraz Tomasz Lis prowadzący Fakty na jeszcze nie upierdolonym stole. W domach Polaków zagościł blichtr, kolorowe stroje i upadek tradycyjnego pojmowania roli i funkcji podstawowej komórki społecznej. Zaczęliśmy biec za pieniędzmi, władzą i zadowoleniem w życiu prywatnym. Atomizacja społeczeństwa postępowała i postępowała, prywatne zawłaszczało publiczne, odpowiedzialność za dobro wspólne, co prawda, już za czasów Polsatu niewielka, zmalała do rozmiaru rzeczonego atomu.



Ale do chłopskiego ad remu, bycie drobnomieszczaninem jest oczywiście świadomym wyborem światopoglądowym. Bywa, że narzuconym przez okoliczności, które takiej postawie ewidentnie sprzyjają. Robić swoje, zarabiać jakieś tam pieniądze, niszczyć się w weekendy, mieć wszystkie tzw. ważne sprawy daleko w dupie. Być umiarkowanym egoistą, nie angażować się ani na lewicy, ani na prawicy, być pragmatykiem, być ironistą, być cynikiem, wieczorami siedzieć na cieplutkiej kanapie i puszczać bąki przed telewizorem, nie wychylać się. I wszyscy są zadowoleniu. Ja nie wkurwiam świata, a świat nie wkurwia mnie. Jakie to proste i wygodne. Dziękuję, dobranoc.

sobota, 28 sierpnia 2010

Młodzi Ludzie Spółka z o. o., czyli konkurs na hip hop. Na rap.

Eurodepupowany Pan Marek Migalski ogłosił „konkurs na hip hop (na rap) opowiadający o wydarzeniach tragedii smoleńskiej”. Zdaniem eurodepupowanego, „konkurs na rap (na hip hop)” jest po to aby zobaczyć jak ”Ludzie Młodzi przede wszystkim traktują TO, jakie TO wywoływało w nich emocje, co O TYM myślą”. Warto docenić uroczego Pana Marka, wobec faktu, że zdaje on sobie sprawę „że to jest ryzykowne (sic!), ale warto Młodym Ludziom zaufać, oddać im pole”. Przyczyną ogłoszenia konkursu było to, iż „Politycy, dziennikarze i publicyści się wypowiedzieli, więc można oddać głos Młodym Ludziom”. Wiem, że już wszyscy konkursem są totalnie zajarani, ale dodam tylko za Panem Markiem, że „Nagrody będę bardzo atrakcyjne dla tych Młodych ludzi, którzy interesują się hip hopem (rapem)”.



Co tu dużo mówić, Pan Marek-rap hip hop-Migalski nie ma zielonego pojęcia o muzyce. O młodych ludziach też nie. To raczej reprezentant nieszkodliwego, z zasady, gatunku nerd’ów, który w każdej normalnej podstawówce i liceum, jest tępiony przez „chłopaków” w wiecznie zapoconych szatniach po wuefie za wymądrzanie się na lekcjach chemii i historii. Na szkolne dyskoteki też raczej nie chadzał. Jak dobrze poszło, to może w zaciszu domowej ciżby, badał pod kołdrą (po ciemku, bo grzech) męską anatomię, na skutek wiedzy zdobytej w trakcie lekcji biologii. Na skutek takiej, częściowo wypaczonej młodości, rosną potem dorośli ludzie, którzy mszczą się na Młodych Ludziach, poprzez organizowanie im konkursów na rap na hip hop.

Ponieważ chyba należę do reprezentantów owego zbioru „Młodych Ludzi”, czuję się w obowiązku zaprotestować przeciwko upupianiu mnie, oraz złożyć wniosek formalny w stylu Adama Michnika, o odpieprzenie się od Młodych Ludzi!



Tym bowiem, co mnie irytuje niepomiernie jest utrwalanie społecznych stereotypów. W ramach takiego działania, Młody człowiek słucha hip hopu rapu, rysuje graffiti i ubiera się w spodnie z opuszczonym krokiem. Tak określony Młody człowiek z definicji nie może powiedzieć niczego ciekawego o czymkolwiek poważnym, przeznaczonym dla świętych starców, jak polityka, ekonomia czy literatura. W tym schemacie, pół roku po tragedii Smoleńskiej, Pan Eurodepupowany, po uzyskaniu opinii na ten temat, w kolejności – polityka, klechy, dziennikarza, pisarza, poety, lekarza, filozofa, aktora, sportowca, weterynarza, położnej, ekspedientki, kierowcy TIRa i kurwy - raczy zapytać Młodych Ludzi, co też oni mają do powiedzenia.

Gówno! – powinien odpowiedzieć Młody Ludź – Nie rapuję i nie jestem admiratorem kultury hip hopu, podobnie jak Pana anachronicznej i obskuranckiej formacji Prawo i Sprawiedliwość. Słucham muzyki klasycznej i zachwycam się operami Mozarta oraz podobnie jak Adam Miauczyński kocham Chopina. Jak chce Pan poznać moją opinię na temat katastrofy w Smoleńsku, to niech mnie Pan na początek nie traktuje mnie jak bezmózgiego Yeti. To, że zdarza mi się zajarać blanta, nie oznacza jeszcze, że nie potrafię sklecić setki przed kamerą, w ramach której zapytany o określony aspekt owego tematu, w konstruktywny i zwięzły sposób wyrażę swoje refleksje. Pragnę również uprzejmie poinformować Pana, iż według wpisu w Krajowym Rejestrze Sądowym na chwilę obecną nie jest Pan Prezesem Zarządu spółki z ograniczoną odpowiedzialnością Młodzi Ludzie, więc niech Pan nie przypisuje sobie praw do reprezentacji tudzież zarządzania organizacją ludzi, którzy nie ukończyli 26 roku życia. Z poważaniem...

środa, 11 sierpnia 2010

Kościół Nasz powszechny

Nieco dla równowagi, po ostatnich wypocinach na temat krzyża, chciałbym wziąć teraz kościół w obronę. I nie ma tu żadnych żartów czy puszczania oka. Choć nie jest mi po drodze z Rydzyjkiem i jego ekscelencją i eminencją ks. abp. Michalikiem, wciąż postrzegam rolę kościoła jako pozytywną, a jego obecność potrzebną.

Jest to obrona poniekąd karkołomna w czasach, w których jak nigdy dobry wizerunek jest podstawą sukcesu w każdej dziedzinie. Co tu dużo mówić, Kościół ma pod tym względem przejebane. Popularni „czarni” nie dadzą się lubić.



Strój. Zacznijmy od szaty, która podobno nie zdobi człowieka – bullshit! Jednolity czarny uniform, czasem tylko jakieś purpury czy czerwienie, no i biel u „Pierwszego”. Krój zawsze ten sam, z miejscem powyżej pasa na gigantyczny (rośnie wraz z miejscem w hierarchii) bojler. Największe pole do popisu daje nakrycie głowy, ale umówmy się, kto nosi kapelusze?

Poglądy. Absolutnie nie dające się pogodzić ze smutną rzeczywistością. Gdzie dzisiaj, w dobie wszechkonsumpcjonizmu, postępującego egocentryzmu, powszechnego rozpasania i ekspansji Chińczyków, ktokolwiek myśli o czystości małżeńskiej, stronieniu od używek i słuchaniu księdza w kościele.

Subsydia. Główną nagrodą za życie zgodne z zasadami ustanowionymi przez kościół jest życie wieczne. Plus wartość sama w sobie jaką jest życie zgodne z zasadami ustanowionymi przez kościół. Spróbujcie sprzedać to hipsterom z pl. Zbawiciela i zgadnijcie dlaczego na tacę dają w Planie B.

Źródła poznawcze. Kto ma czas i chęci zgłębiać Biblię czy encykliki papieskie, opasłe tomiska z absolutnie nieprzystępną, wieloskładniową frazą? Na, nomen omen, Boga, dzisiaj się czyta rysunki Raczkowskiego!

Bunt pokoleniowy. Czy trzeba mówić, że w hierarchii autorytetów przeciętnego, małoletniego mieszkańca Warszawy, Babcia namawiająca na pójście do kościoła, walczy o 7 miejsce z lodówką?

Z powyższych, a i pewnie wielu innych względów, kościół nieodwracalnie traci rząd dusz. Jasne, nie jest to może jeszcze teraz odczuwalne i widoczne, ale wyrwa pokoleniowa się tworzy okrutna. Za dwadzieścia lat, jak generacja Rydzyk zmieni adres zamieszkania, kościoły będą świecić pustkami.

A przecież mi żal

Cenię sobie Kościół za zakres wypełnianych funkcji społecznych, w tym przede wszystkim częściowe zastępowanie Państwa w sferze socjalnej. Prawda jest chyba bowiem taka, o czym się zapomina, że tylko kościół na serio opiekuje się w Polsce ludźmi doświadczonymi przez los. Tylko kościół na szerszą skalę zapobiega inkluzji całych grup społecznych – ludzi starszych i wymagających opieki. To kościół ma monopol na obrzędy pogrzebowe. Kościoły i zakony prowadzą przychodnie, szpitale, hospicja. Ja wiem, że to wszystko się z rozpaczą i smutkiem kojarzy, ale ktoś musi to robić, póki godność każdego człowieka cokolwiek jeszcze znaczy i eutanazja ludzi po 65 roku życia nie jest obowiązkiem.

Nie ma się co oszukiwać. Wraz z odchodzeniem od kościoła ludzi, zaczną i odchodzić pieniądze. Dzisiaj jeszcze Kościół się trzyma, każdy rząd przychodzi po prośbie, co budzi nieraz i mój sprzeciw. Za dwie dekady, znaczenie zmaleje i to kościół będzie pukał do drzwi KPRMu, na ogół bezskutecznie. A jak kurek z mamoną się przykręci, to nie będzie pieniędzy na działalność dobroczynną.

No i zniknie element lokalnego folkloru. Jakby nie patrzeć bez rozmów niedokończonych, moherowych beretów, Radia Maryja, akcji krzyż, sacro polo, JP2, B16, Polska będzie po prostu nudna i nijaka... A i tak jest już nudna bez Żydów z 68'...

sobota, 7 sierpnia 2010

Społeczeństwo podzielone jest, czyli „Zostawcie Kżyża mjastu”

Akcja pod Pałacem jest w toku, a jej przebieg każdemu wykształconemu przedstawicielowi klasy średniej jest znany. Krzyż powoli staje się już elementem rodzimej popkultury, po tym jak w jego obronie zjawili się Elvis Presley oraz szturmowcy z Gwiezdnych Wojen. Krucyfiks wywołał przy tym gwałtowną polaryzację społeczeństwa, która generalnie jest dość przykra, ale w sumie zrozumiała i będąca prostą konsekwencją katastrofy w Smoleńsku.

Co do zasady, nie traktowałbym krzyża jako samoistnej przyczyny całej afery. W sposób oczywisty była to tylko odpowiednia podpałka dla iskry, który tliła się już od dawna. A jak wiadomo krzyże palą się dobrze, zapytajcie Ku Klux Klan.

Strony sporu podzieliłem roboczo na Talibów (bo zaiste, w fanatyzmie religijnym są trendsetterami) oraz uczestników krucjaty alias krzyżowców (wiadomo). Wina Talibów jest bezpośrednia i aż nadto widoczna. Zawinienie uczestników krucjaty jest pośrednie i domniemane. Poniżej wykrzykuję mój wkurw wobec obu stron (względem Talibów oczywista bardziej).

Co mnie wkurwia u Talibów?

Pokrótce, wszystko – głupota, fanatyzm, zawiść. Co by jednak nie mówić, ludzi którzy bronią krzyża, trudno uznać za reprezentatywnych dla społeczeństwa. Ot, zebrała się grupka wariatów i obłąkańców, których popiera, z przyczyn politycznych, najważniejsza partia opozycyjna. Błędnym jednak chyba jest myślenie, że ludzie popierający PiS w większości faktycznie tak bardzo tego krzyża chcą. Jeżeli nawet, to pewnie na zasadzie naturalnego odruchu sprzeciwu. Ich wina również jest jednak oczywista, o czym dalej.

Dostaję apopleksji także na reakcje Kościoła, który ma jak w banku tegorocznego Oscara za najlepszą drugoplanową rolę Piłata. -Przecież My, nie mamy nic z tym krzyżem wspólnego! To sprawa Miasta/Kancelarii Prezydenta/Harcerzy/Straży Miejskiej/Zakąsek&Przekąsek/Kamieniołomów!* (niepotrzebne skreślić) –No My? Owszem, no używamy krucyfiksów w ramach stosowania jednolitego designu i używanych logotypów, ale Czerwony Krzyż przeca też... Żal, aż dupę ściska, że Kościół nie potrafił wydelegować jednego klechy z jajami (a są tacy i nawet nie używają ich do celów wszetecznych), który stawił by czoła dewocji i bigoterii, najnormalniej w świecie zabrał krzyż i żaden okrzyk gestapo byłby mu niestraszny.

PiS – no comment. Arcybałwany. Główni sprawcy konfliktu, podchwycili temat, zamiast z tematem spasować. Podsycają agresję i zwierają szeregi. Mam nadzieję, że od tego krzyża i krzyżem dostaną po dupie i w życiu i w sondażach. Akcja Zimny Lech pokazała jasno, że będą grali na litość wymienną z wściekłością i pretensją smoleńską do wszystkich i na wszystko. Niech imię ich będzie zapomniane, w szczególności w trakcie wyborów.

Co mnie wkurwia w uczestnikach krucjaty?

Sam jestem uczestnikiem krucjaty, bo oczywiście tego cyrku zdzierżyć już nie mogę, a jak patrzę na te dewoty płączące na bruku, mające szaleństwo w oczach to jak nigdy pragnę zniesienia praw człowieka.

Krzyżowcy też jednak święci nie są, choć mój zarzut jest w zasadzie jeden – pompowanie balonika. Nie zdajemy sobie bowiem sprawy, że im bardziej krzyż kontestujemy, tym bardziej druga strona się konsoliduje. Za każdego jednego Elvisa, pod krzyż przychodzi kolejnych dziesięciu pomyleńców, a na każdego szturmowca, zła strona mocy wysyła transport nowych krzyży, krzyżyków i różańców. Tym samym konflikt narasta i narasta. Oczywiście, trudno tej całej paranoji nie kontestować, wyszydzać i naśmiewać (sam to robię), bo jest ono kurewsko śmieszna i daje asumpt do wielu zabawnych sytuacji. Z drugiej jednak strony cała akcji jest też porażająco smutna. Bo jak tak ma wyglądać życie publiczne, to ni chuja nie zbudujemy dobrobytu i społeczeństwa w Polsce.

Nam trzeba być razem



Wiem, jest to marzenie ściętej głowy, jest to utopia, mrzonki i zamki na lodzie. Jednak bez partykularnej jedności, łączenia społeczeństwa, przeciwdziałaniu atomizacji i wykluczeniom grup społecznych dobrze dziać się w Polandzie nie będzie. Niestety, ktoś musi wziąć odpowiedzialność, a chyba nie muszę mówić, że wzięcie jej przez Talibów, to jak powierzenie niemowlakowi zapalnika do bomby. Jeżeli więc, krzyżowcy nie uniosą się ponad emocje i osobiste urazy, niech żywi stracą nadzieje. Zatem do roboty, młodzi przyjaciele! W szczęściu wszystkiego są wszystkich cele, a mottem naszym bon mot Ola Kwaśniewskiego... Ale, ale, ale, my jesteśmy razem ze sobą tutaj!