niedziela, 12 grudnia 2010

Dylemat etyczny

Schemat jest zawsze ten sam. Telewizja TVN puszcza nam ckliwy materiał o chorym dziecku. O dziecku cierpiącym na rzadką chorobę o łacińskiej nazwie, której za chuja nie powtórzysz. Co najwyżej jeśli medycynę studiujesz. Dziecko cierpi, leki są drogie, rodzina nie ma i bieda i nędza. Nie ma kto zapłacić.

Gdy nie ma kto zapłacić, wiadomo już, że wszyscy zwracamy swe głowy w stronę Skarbu Państwa, niczym muzułmanie w stronę Mekki. Państwo Polskie zapłaci, przecież można dodrukować. Proste jak w oldskulowej grze Eurobusiness.

Interesująca jest jednak cała warstwa, pompatycznie mówiąc, moralno-etyczna tego projektu „Ratujemy dziecko z TVN”. Jakie w gruncie rzeczy przyjmowane są kryteria? Dlaczego TVN pokazuje akurat małego Błażejka, a nie małą Agatkę czy Janka? Należy bowiem przyjąć, że podaż chorych maleństw znacznie przewyższa telewizyjny popyt. Chorób starczyłoby zapewne na cały oddzielny program „Wzruszyłem się Twoją chorobą”, a nie tylko na trzy-minutową zajawkę w „Faktach”. Nieuchronnie zatem ktoś będzie zwycięzcą tej telewizyjnej loterii, a ktoś, gdzieś tam daleko poza lśniącymi obiektywami kamer, przegranym. I to niejednokrotnie przegranym w sensie ultymatywnym.

Kolejnym dylematem, trochę poważniejszym, niż to czy najebiemy się dziś wieczorem wódką czy browarem, jest decydowanie „komu dzisiaj drugi damy”. Na ogół bowiem koszty leczenia choroby o łacińskiej nazwie są gigantyczne. Są tak ogromne, że pokryłyby koszty wyleczenia iluś tam osób. Stąd już tylko krok do pewnego relatywizmu. Ratujemy jedno dziecko poważnie chore czy pomagamy setce innych trochę mniej poważnie chorych (ale jeżeli nie pomożemy im, to mogą zachorować poważniej) etc. Oczywiście, jest to relatywizm tylko pozorny. Tak naprawdę takie decyzje są podejmowane w NFZ codziennie czy tego chcemy czy nie, bo pieniędzy na służbę zdrowia z definicji nigdy nie będzie dość. Nie chciałbym pracować na takim stanowisku w NFZ.



Tu wracamy do sedna telewizyjnego przekazu. W takim materiale NFZ zawsze przedstawiany jest jako wróg publiczny nr 1. Zły, bo nie chce zapłacić za leczenie Błażejka, a cóż Błażejek winien, toć to dziecko dopiero, ma prawo żyć. Więc na ogół Pani reprezentująca NFZ coś się niezbornie tłumaczy, że limity, że zostały przyjęte pewne założenia, ale że oczywiście rozpatrzą ten szczególny przypadek. Po czym środki się w cudowny sposób znajdują i niby wszyscy są „so happy”.

Trudno jednak nie zauważyć, że jest to zwykły medialny szantaż, utrwalający przy tym idiotyczny stereotyp o nieludzkiej instytucji państwowej, która zamiast leczyć, zabija. Nigdy bowiem nie widziałem reportażu, w którym mądry Pan dziennikarz merytorycznie kwestionowałby przyjęte kryteria rozdziału środków. Ale nie trzeba być wielkim telewizyjnym macherem, żeby wiedzieć, że od cyferek, wykresów i statystyk to tylko głowa boli, a najazd kamerą na płaczącą matkę niesie w sobie potężny ładunek emocjonalny mający bezpośrednie przełożenie na zysk z reklam.



Czasami myślę, że należałoby w ogóle zakazać puszczania takich materiałów. Wiadomo, że dziennikarz pokazujący chore dziecko zawsze będzie miał rację. Z drugiej strony, można rozumować, że jeśli uda się w ten sposób uratować jedno dziecko więcej to bilans zysków i strat wychodzi na plus. Oczywiście, takiego bilansu sporządzić się nie da, więc w gruncie rzeczy po raz kolejny na tym świecie gówno wiemy.

sobota, 20 listopada 2010

Dlaczego Janusz Głowacki jest zajebisty?

Bo to, że jest, nie ulega wątpliwości. Zbiorowy onanizm krytyków nad najnowszą książką budzi zastanowienie czy nie odbywa się on bardziej nad autorem, niż nad nową książką. „Good Night, Dżerzi”, wiadomo, rzecz genialna, ale chyba większość osób, po jej przeczytaniu, nie oprze się wrażeniu, że gdzieś coś podobnego już widziała. Tak, prawidłowa odpowiedź brzmi: w poprzednich książkach „Głowy”. Motywów, które się stale przewijają w książkach Głowackiego i które są również w „Good night, Dżerzi” jest mnóstwo. Nie jest to jednak zarzut, książka w dalszym ciągu pozostaje autonomicznym bytem z własną, kapitalną fabułą. A że coś tam się powtarza? Oj tam, oj tam. Czasem tak jest, że chcemy czegoś zupełnie nowego, ale żeby jednocześnie wszystko pozostało po staremu. Tak jest właśnie z Głowackim.



W miarę pojawiania się kolejnych recenzji odnoszę jednak coraz większe wrażenie, że za entuzjastyczną reakcją na książkę kryje się coś więcej. Jest to swoisty kult Janusza Głowackiego, jako autora nietykalnego, którego aż nie wypada krytykować, którego nie chce się krytykować lub którego zgoła może nawet się nie da skrytykować.

Wychodzi bowiem Janusz Głowacki przed swoje książki, one są dodatkiem do kapitalnej postaci, która jest bohaterem samoistnym. Trochę taki „Californication”, ale dziejący się naprawdę. Metaksiążka. Mamy realnego Janusza Głowackiego, który tam, w Ameryce, jest naszym bohaterem literackim, piszącym książki.

To co wszyscy uwielbiamy w książkach Głowackiego, to nie tyle błyskotliwy styl, kapitalny cynizm czy przenikliwość obserwacji, lecz sam Głowacki. Uroczy „Dżanus”, którego kochamy tak bardzo, że sami chcielibyśmy nim być, a niektórym pewnie nawet wydaje się, że wręcz nim są. Głowacki, chyba nieco świadomie gra tymi emocjami, tworząc iluzję, że Ty, kochany czytelniku, w zasadzie jesteś współbohaterem mojej książki. Dopuszczam Cię, na specjalnych zasadach i w drodze wyjątku do lepszego świata, w którym rządzą władza, używki, alkohol, imprezy i wszechobecny sukces. Cóż może bardziej łechtać polskiego czytelnika niż anegdotki o Nowojorskim hajlajfie. Nie żadna tam warszawka, żadne tam polskie kompleksy, które rozsadzają Poland, lecz bez których Poland już dawno utonąłby pogrążony w maraźmie. Nowy York, Parnas, szczyt świata i tam Nasz, a właściwie MÓJ człowiek – Janusz Głowacki. A z nim JA – czytelnik. Stąd już bardzo prosta droga do ukochanej przez Polaków konstatacji –Ja tam, w zasadzie, byłem! Naturalnie, dla znakomitej większości czytelników, świat ten nigdy dostępny nie będzie, ale w dzisiejszym świecie wyobrażenia i urojenia bywają substytutem rzeczywistości, a nawet są lepsze, bo można je dowolnie kształtować.



Stąd czytelnicy i krytycy Pana Janusza kochają i ubóstwiają, traktując go jako nasze narodowe srebro, na które trzeba chuchać i dmuchać, bo nie daj Boże (choć Bóg raczej nie istnieje), stracimy ostatni przyczółek w Wielkim świecie. A przecież, naturalnie, chcemy się zawsze czuć trochę lepiej, niż jest w rzeczywistości.

piątek, 19 listopada 2010

Wybory samorządowe

Jak każdy Polak najlepiej na świecie znam się na polityce. Otóż ja wiem lepiej jak jest naprawdę (naprawdę?) i że w polityce przypadków nie ma, a już szczególnie przypadek nie może dotyczyć Kaczyńskiego. U niego nawet rozwolnienie jest misternym planem kondominium rosyjsko-niemieckiego.



Póki co zbliżają się wybory samorządowe i jako najprawdziwszy Warszawiak (już 6 lat tu robię), staję przed dylematem na kogo oddać mój szalenie ważny, cały jeden, głos. W zasadzie dylematu by nie było, gdyby nie mój wrodzony oportunizm, każący wspierać ancien régime. Otóż, gdyby nie to głosowałbym na Zielonych. Już sama nazwa, no proszę Państwa, jak wspaniale się kojarzy. Wiadomo, lasy, Wojciech Młynarski i Jamajka.

Raz Dwa Trzy - Jeszcze w zielone gramy

Ale przede wszystkim jacy wspaniali kandydaci. No gdybym mieszkał na Ursynowie, to na kogóż innego mógłbym zagłosować, jeżeli nie na Pana Tomasza Piątka. Kandydat ten ucieleśnia dwie najwspanialsze cechy jakie może skupiać potencjalny samorządowiec – jest pisarzem i byłym hardcorowym heroinistą. Po przeczytaniu książki „Heroina” jak każdemu normalnemu młodzieńcowi zamarzyło mi się pójście na totalne narkotyczne dno. Podobnie jak dla każdego normalnego ucznia podstawówki po przeczytaniu „My, dzieci z dworca Zoo” autorytetem staje się Detlef (oni) lub Christine (one).

Ponadto, Pan Tomasz Piątek, co wynika z powyższego, jest pisarzem. Nie od dziś wiadomo, że za każdą poważniejszą rewolucją stał skryba, więc może i Warszawa doczekała się swego. Na początek proponowałbym rewolucje w dziedzinie nomen omen prozaicznej, a mianowicie psich kup na stołecznych brukach. Zaznaczam, iż obie powyższe właściwości predestynują Tomasza Piątka do stanowiska radnego, przy czym bardziej ta druga. W końcu heroinę ponoć rzucił, a pisarstwem para się dalej. Chciałoby się zakrzyknąć, wzorem towarzysza Gomułki, literaci do piór!

Dworuję sobie z uroczego Pana Tomasza, choć on temu nie nie winien. Umówmy się, cóż poradzić, że nowoczesna lewica, z definicji aż prosi się o kpiny i protekcjonalne traktowanie. W świecie, w którym zło zawsze zwycięża z dobrem, pięknoduchowskie klimaty zielonych tak mają się do politycznych machinacji, jak Adam Michnik do Tańca z Gwiazdami (Aaaaa z jaką gwiazdą miałbym taaa-tańczyć?). Sądząc po poparciu, jakim się cieszą Zieloni, większość społeczeństwa również chce im oszczędzić przykrości i niegodziwości związanych ze starciem z zakutymi łbami „zawodowców”.



Nie żebym wychwalał obecną klasę polityczną, która również nadaje się w dużej części do tak koncepcyjnych działań jak kopanie rowów. Tyle, że Tomasz Piątek w ich miejsce to trochę jak murarz zastępujący hutnika na stanowisku piekarza. Od razu wiadomo, że z tej mąki chleba nie będzie. Ani nawet makowca. A zresztą nie wiem, może i się nadaje? W dzisiejszych czasach nic nigdy nie wiadomo na pewno...

sobota, 9 października 2010

Janusz Rudnicki

Na dowód tego, że czytam czasem jakąś książkę z tych lepszych lektur, chciałem polecić jednego polskiego pisarza. [W tym miejscu, dwie trzecie czytelników mówi – boooooring! – i całkiem słusznie naciska taki krzyżyk w prawym górnym rogu witryny internetowej. Jeżeli jednak tego nie zrobiłaś/zrobiłeś, poznasz przynajmniej ze dwie barwne anegdoty zawierające słowa powszechnie uznane za wulgarne, czyli to co ludzie tak prostaccy jak my, lubią najbardziej.]



Janusz Rudnicki w tym roku był nominowany do nagrody fundowanej przez znanego producenta odzieży sportowej. Jak można się domyślać nagrody tej nie zdobył. Zdobył ją Pan Tadeusz Słobodzianek za książkę „Nasza klasa”. Nic nie mam do tego autora, książki oczywiście nie czytałem – bez przesady, nie wszystkie naraz – ale nagroda wydaje mi się dość pretensjonalna i do bólu poprawna, z gatunku tych so gazeta wyborcza stylin’. Cytując źródło - Akcja "Naszej klasy" osnuta jest wokół pogromu w Jedwabnem w 1941 roku. Opowiada o uczniach i uczennicach jednej klasy szkoły powszechnej, Polakach i Żydach z małego miasteczka na wschodzie Polski. Razem uczą się, bawią, wchodzą w dorosłość, aby podczas wojny stać się dla siebie katami i ofiarami.

No proszę Państwa, no ileż można wałkować ten temat, umieram z nudów, przecież filosemityzm już od dawna jest niemodny. To już się skończyło – Szalom na Szerokiej, Nigel Kennedy grający z Kroke, kupowanie menory jako durnostojki i stawianie jej na półce koło miniaturki wieży Eiffla, muszelek z Bałtyku i tatrzańskiej ciupagi. Znając Gazetę Wyborczą (przez ukochanych a rebours prawicuchów zwaną również Wybiórczą wymiennie z Gadułą Wyrodną), za kolejnych 20 lat dalej będzie istniał tylko temat Jedwabnego i zadawanie pytań młodym Polakom: Czy już się Stasiu pogodziłeś z Twoim rówieśnikiem z Izraela? Czy Patryczku przeprosiłeś Goldę za grzechy pradziadka? A jak wiadomo, Patryczek najchętniej zapytałby Goldę w stylu małego Romka Polańskiego – Dymasz się?

Disclaimer. Jako człowiek wykształcony, wyrobiony w towarzystwie oraz czytający Gazetę Wyborczą, pragnę niniejszym zapewnić, iż nie jest moim celem obrażenie czyichkolwiek uczuć, w szczególności Żydów czy Polaków. Ubolewam nad Jedwabnym. To było megachujowe zachowanie ze strony moich rodaków i nie usprawiedliwia nas to, że inne nacje nie mniejsze kurewstwa nam wówczas wyrządzały. Kali nie mieć racji, twierdząc, że jak on to dobrze, a jak jego to niedobrze.



Do rzeczy, bo pół tekstu gotowe, a ciągle nie na temat. Zaczęło się od wywiadu, który przeczytałem z Rudnickim, w którym np. tak opowiedział o tym jak poznał trzecią żonę - Kiedy się poznawaliśmy, powiedziałem: "Chujem ci z oczu patrzy", na co ona: "Bo się w nich odbijasz", albo jaka jest różnica między stosunkami sąsiedzkimi w Niemczech i w Polsce - W Niemczech, jeśli przeszkadzałbym sąsiadom, dostałbym pismo urzędowe, że w związku ze skargami prosimy, w przeciwnym razie naruszenie przepisu takiego i takiego. A u nas? Zapukałby do moich drzwi sąsiad i powiedział: panie Rudnicki, mówię tu do pana w imieniu lokatorów, przestałby pan kopcić na naszym wspólnym balkonie i stawiać tam słoiki, bo nas to po prostu, za przeproszeniem, wkurwia. A pan Rudnicki powiedziałby: dymię przecież w kosmos. A co to wy, gwiazdy, kurwa, że wam to przeszkadza?, albo o symbolach w literaturze - Do symboli w prozie to mam stosunek więcej niż przerywany. Symbole to taki rodzaj gimnazjalnego quizu. I ta satysfakcja, że się je odgadło, ojej. Symbol to objazd. A ja wolę prosto, choćby po dziurach.

Więc od razu mi się spodobał, bo zwęszyłem kapitalne kpiarskie, ironiczne i cyniczne podejście do rzeczywistości. Przeczytałem zatem opowiadania „Śmierć czeskiego psa” i sprawiło mi to radość, bo w większości są zajebiste. Jednocześnie afirmacja świata i zgorzknienie. Na przemian depresja i śmiech. Mizantropia i wiara w człowieka. Więc generalnie nieistotne czy na Najka Rudnicki zasłużył czy nie, polecam przeczytanie. Z pewnością spodoba się każdemu, kto lubi klimaty Głowackiego, Himilsbacha, Andermana. Na zachętę powiem, że opowiadania liczą tylko niecałe 200 stron dużą czcionką w wydawnictwie WAB, więc bardzo nie boli.

sobota, 2 października 2010

Na salonach

Ostatnio spędzałem dużo czasu w domu. Uczyłem się. Przez to się nudziłem. Nuda doprowadziła mnie do desperacji. Desperacja doprowadziła mnie do sprawy najgorszej, do surfowania po sieci Internet. Tu natomiast czekał (czekał od bardzo dawna) demon w sensie ścisłym. Portal www.salon24.pl (w skrócie portal ów skupia środowiska prawicowe, prawicowe bardziej oraz prawicowe najbardziej).

Nie czas tutaj by cytować Stanisława Lema – „Nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów, póki nie skorzystałem z Internetu”. Nie czas by tłumaczyć, że portalów ci u nas dostatek, a gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. Wreszcie nie czas by mówić, że to tylko nieszkodliwi internauci.

A jednak! Czytam i się przerażam. No najnormalniej w świecie ci ludzie mają rację! Nie zwariowałem! Jakby nie patrzeć. Całe świadome życie żyłem w błędzie, głosowałem nie na te partie co trzeba, nieprawomyślne poglądy dzieliłem, niewłaściwe wartości (a w zasadzie ich brak) wyznawałem. Źle się prowadziłem, ale Pan Bóg z nieba dobrotliwie pokiwał palcem zrzucając klapki z oczu – Nie idźże tą drogą! - wskazując na szybką ścieżkę ku prawdzie, dobru i sprawiedliwości pod stosownym adresem internetowym.



Pierwsza rzecz. Ludzie z portalu salon24 w znakomitej większości widzą świat prostym, w którym wszystko jest jasne, logiczne i spójne. Nie od dziś głosiłem nieśmiało tezę, że tego rodzaju przeświadczenie wiedzie w najlepszym razie do mentalnego faszyzmu (a jak wiadomo faszyzm to oznaka krótkiego siusiaka).

Druga rzecz. Ludzie z portalu salon24 są potwornie nudni. Jest to nuda wiekuista znamionująca mentalnych starców i zgredów, a zakładam, że jednak większość użytkowników wieku chrystusowego jeszcze nie dożyła. Ja rozumiem, że można być republikaninem w wieku lat 65 i podpalając cygaro pierdolić nieznośnie mentorskim tonem o moralności i pouczać młodzież jak żyć. Ale w wieku dwudziestu lat?

Trzecia rzecz
. Ludzie z portalu salon24 są grafomanami i czytają potworne ilości książek. Owszem przeczytam czasem jakąś książkę z tych lepszych lektur i znanych aktorów, pisarzy znaczy się, śmiem twierdzić, że nawet trochę ponad średnią wyrastam. Ale też zdaję sobie sprawę, że wraz z kolejną przeczytaną książką nie zwiększa mi się linearnie inteligencja, czyli zupełnie odwrotnie niż u użytkowników wzmiankowanego portalu. Mao Zedong pochłaniał jedną książkę za drugą, niemniej niż trzy dziennie jebany czytał, a jego wachlarz zainteresowań czytelniczych sięgał od klasyków starożytnej filozofii po przepisy kucharskie. Jak wiadomo, cały chuj z tego czytania dla Chińczyków wyszedł i na obiad zęby w ścianę wbijali.



Disclaimer. Nie utożsamiam prawicowców z idiotami (z zasady). W dalszym ciągu, choć z coraz większym zdumieniem, dopuszczam, że ktoś może wierzyć, że Jarosław Kaczyński ma rację. W ostateczności dopuszczam, że nawet młodzi ludzie mogą go wspierać. Ale żeby się tym w wolnym czasie, w sposób absolutnie grafomański i nachalny, chełpić? Ale żeby płodzić cztery opasłe teksty codziennie, z których wynikają tylko groźby Rosji, Unii Europejskiej, Michnika i Geremka (pamiętacie słynny transparent na pogrzebie – „Dziękujemy Ci Boże, że już go od nas zabrałeś”)? Ale żeby czytać Nasz Dziennik i oglądać TV Trwam? Taa, znowu Bismarck miał rację – „Kto nie był socjalistą za młodu, ten na starość będzie łajdakiem”.

sobota, 25 września 2010

Dylemat oralny

Branżowe gazety plotkarskie donoszą, że David Beckham zdradził małżonkę Victorię z prostytutką. Rzeczona kurtyzana pochwaliła się w brytyjskiej bulwarówce, że zrobiła Davidowi laskę. Ściślej nawet parę lasek. Stwierdziła przy tym, iż nie uważa tego za zdradę Davida wobec Victorii, wszak to tylko blowjob był. Słynące z precyzji i drobiazgowości w tej mierze magazyny nie sprecyzowały czy blowjob był z przysłowiowym i anegdotycznym „połykiem” czy też bez, tudzież jak wpływa to na klasyfikację oralno-moralną zdrady Becks’a lub braku zdrady.



Żyjemy w bardzo ciekawych czasach. Dawno temu tworzone były meganudne filmy z nurtu kina moralnego niepokoju. Szczególnie reprezentatywnymi przedstawicielami owego nurtu byli tacy twórcy jak Krzysztof Kieślowski, Feliks Falk czy Krzysztof Zanussi. W swych filmach poruszali dziwaczne i wydumane problemy związane ze społecznym nieprzystosowaniem czy relatywizmem moralnym bohaterów, które nijak się miały do prawdziwych problemów zwykłego człowieka. W sposób jasny i zrozumiały, wynikający z dialektycznej teorii dziejów, problemy te dawno skończyły się robiąc miejsce prawdziwym życiowym dylematom i ludzkim niepokojom, takim jak przedmiotowa „laska”.

Problem jest oczywiście ważki oraz złożony i obawiam się, że tak naprawdę nie do rozwiązania. Nie jest przy tym bynajmniej sporem czysto teoretycznym, który odbywałby się w zaciszu akademickich murów. Ba! On ma pierwszorzędne znaczenie praktyczne dla całej warstwy społecznej młodych Polaków i Polek, Europejczyków i Europejek i aktualizuje się w szczególności wraz z nastaniem weekendu. Dylematem podstawowym jest oczywiście to, czy laska jest zdradą czy nie. Jeżeli tak, to czy zdrada istnieje po obu stronach, tj. czynnej, sprawczej (ona lub on) i biernej, wykonawczej (on)? Brnąc w problem głębiej, czy okoliczności czynu są relewantne – czas, miejsce, stan spożycia alkoholu? Zasadnicza jest kwestia winy (czy może wchodzić w grę nieumyślność lub zamiar ewentualny?) i adekwatnego związku przyczynowo-skutkowego, który doprowadził do zdarzenia. O problemie szkody/krzywdy, a także ewentualnego zadośćuczynienia nie wspominając.

Już na tym etapie problemów bez liku i w zasadzie można przyjąć, że jednoznacznych i klarownych odpowiedzi być nie może. Problem spowoduje naturalną polaryzację stanowisk. Jedni będą przyjmowali twarde i dogmatyczne stanowisko, że jakakolwiek forma ingerencji osoby trzeciej w sfery cielesne jest zdradą. Druga strona przyjmie stanowisko elastyczne, że to zależy, że to w zależności.



Tak czy inaczej, w sposób jasny widać, jak bardzo ważna i potrzebna jest publiczna dyskusja i dialog w tym zakresie. Niech casus Beckhama będzie więc dobrym asumptem do jej zainicjowania, bo czas jest najwyższy. Patronat internetowy obejmie Pudelek.pl, a z ramienia telewizji TVN. Moderatorem dyskusji mógłby zostać Kuba Wojewódzki, a Borys Szyc zagrałby w pokazowym filmie „Jak to się robi” dając podwaliny pod nurt kina oralnego niepokoju.



Świat stanął nad przepaścią. Horyzont głupoty przesunął się. Żyjemy w czasach cudownych metafor...

piątek, 10 września 2010

Drobnomieszczaństwo

Mam problem z drobnomieszczaństwem. Zarazem współtworzę je (w bardzo oczywiście niewielkim zakresie) i je z całą stanowczością kontestuję. Taka jakby antynomia chyba.

Ubóstwiam ten cały anturaż drobnomieszczanina (warszawskiego rzecz jasna), pielęgnowania tych kurewsko małych, wręcz minimalnych i w gruncie rzeczy potwornie śmiesznych czynności, jak meble z Ikei, lurowata kawa z pl. Zbawiciela, rurki z River Island, drobne używki, oglądanie ultramodnych i zajawkowych amerykańskich seriali. Zarazem wpadam w szał (Andrzeju... Nie denerwuj się!) na samą myśl, że w tym nonsensownym kole absurdu współistnieję, dbam o jakieś banalne szczególiki z pedantyzmem Adama Miauczyńskiego, w sposób absolutnie kołtuński wyrzekam się różnych rzeczy.

Nie masz, nie masz ratunku ani ucieczki przed jednym albo drugim.



Za stworzenie potwora drobnomieszczaństwa w Polsce obwiniam przede wszystkim telewizję TVN i koncern ITI (zagadka: Jesteś kibicem Legii, znajdź rym do ITI, którym nie jest spier-da-laj). Dopóki na polskim rynku panował Polsat, wszystko było jak Pan Bóg przykazał - po katolicku, prowincjonalnie, z zatęchłym zapaszkiem niedzielnej kapuchy oraz przypalonego schabowego. Rodziny gromadziły się przed telewizorem i jak te lemury wbijały ślepia w Miodowe lata i 13 posterunek. Pełen kolektywizm, paternalizm i żadnej niezależnej inicjatywy. No i mogło by być tak pięknie, żylibyśmy długo i szczęśliwie, wybieralibyśmy bramkę nr 2, wygrywalibyśmy rodzinne samochody i jeździlibyśmy na wczasy nad lodowaty Bałtyk. Zamiast Schengen i swobód Unii Europejskiej, okazywalibyśmy celnikom Paszport Polsatu. W nieskończoność słuchalibyśmy Top One na pierwszym miejscu Disco Relax i wybieralibyśmy Aleksandra Kwaśniewskiego na 10, 11 i 12 kadencję. Przyznaję, gdzieś tkwi we mnie sentyment za taką Polską.

Ale się skończyło, bo wszystko się kończy. Przyszedł TVN, a wraz z nim „cywilizacja Zachodu”. Rozpanoszyły się inne obyczaje – nowy, lepszy świat miasta, w którym panuje pieniądz, egocentryzm oraz tzw. wyzwolenie seksualne. Niczym Piotr I do Rosji przybył Pan Walter jak odnowiciel i zaproponował nowe mody, trendy i zwyczaje, które Polacy z całą skwapliwością przyjęli. Nowym idolem nastolatków i młodych yuppies został Big Brother oraz Tomasz Lis prowadzący Fakty na jeszcze nie upierdolonym stole. W domach Polaków zagościł blichtr, kolorowe stroje i upadek tradycyjnego pojmowania roli i funkcji podstawowej komórki społecznej. Zaczęliśmy biec za pieniędzmi, władzą i zadowoleniem w życiu prywatnym. Atomizacja społeczeństwa postępowała i postępowała, prywatne zawłaszczało publiczne, odpowiedzialność za dobro wspólne, co prawda, już za czasów Polsatu niewielka, zmalała do rozmiaru rzeczonego atomu.



Ale do chłopskiego ad remu, bycie drobnomieszczaninem jest oczywiście świadomym wyborem światopoglądowym. Bywa, że narzuconym przez okoliczności, które takiej postawie ewidentnie sprzyjają. Robić swoje, zarabiać jakieś tam pieniądze, niszczyć się w weekendy, mieć wszystkie tzw. ważne sprawy daleko w dupie. Być umiarkowanym egoistą, nie angażować się ani na lewicy, ani na prawicy, być pragmatykiem, być ironistą, być cynikiem, wieczorami siedzieć na cieplutkiej kanapie i puszczać bąki przed telewizorem, nie wychylać się. I wszyscy są zadowoleniu. Ja nie wkurwiam świata, a świat nie wkurwia mnie. Jakie to proste i wygodne. Dziękuję, dobranoc.