sobota, 26 czerwca 2010

Desperado. Tomasz Stańko.



Taką książkę przeczytałem o tytule dość drętwym – Desperado właśnie, ale kontent, nie ma co, zajebisty. Wywiad rzeka z Tomaszem Stańko w mistrzowskim wykonaniu Rafała Księżyka. No proszę Państwa to jest na prawdę dyskurs na poziomie, żadne tam –No a co Pan właściwie gra i ile Pan płyt nagrałeś? O świetnym i wszechstronnym przygotowaniu redaktora K. najlepiej chyba świadczy to, iż niektórych rzeczy, które wspomina, nie pamięta nawet sam Stańko (sic!). No, ale to chyba głównie z powodów substancji psychoaktywnych, które Stańko spożywał, a i owszem i w nadmiarze.

Właśnie wątek dragów. Nieśmiale postawiłbym tezę, że większego rokendrollowca w polskiej muzyce popularnej nie było. To, co i ile brał, jak mieszał, jak długo i jak intensywnie, przechodzi pojęcie i sam Stańko przyznaje, że kawał z niego skurwiela, że to przetrzymał i wciąż żyje. Wątek to szczególnie godny wyróżnienia z uwagi na jałowość Tej ziemi, na której zwykle rodzimi grajkowie największy kontakt z narkotykami mieli na zabiegu czyszczenia łękotki, jak im anestezjolog aplikował eter. Świetne są też przemyślenia Stańki na temat dragów, chłodne i konkretne, obdarte z hipokryzji i patosu, ale też bez bałwochwalczego reklamowania czy podniecenia.

Druga rzecz godna poruszenia to specyficzna filozofia Stańki wobec muzyki popularnej i wymogów rynku. Otóż Stańko, wkraczał w nowy ustrój ciężko zniszczony nałogami, a także tym, że... wypadły mu wszystkie zęby (choroba genetyczna), co dla trębacza jest dramatem, bo musi się nauczyć „dmuchać” niemal od nowa. Pomimo tego, potrafił szybko dostosować się do nowej sytuacji, osiągając nawet większe sukcesy niż za komuny. Stańko bowiem nie tylko nie obraził się na nowy ustrój, ale jak wykminił, że nikt już teraz go nie będzie ciągnął za uszy na „joby” to po prostu zaczął ciężko popierdalać, aby po pierwsze ktoś go gdzieś zaangażował, a po drugie, żeby zdobyć fanów. Rzadki to przypadek w Polandzie autorefleksji i autokrytycyzmu artysty, który nie tylko nie zwala winy na niesprzyjające okoliczności losu, lecz zaczyna od siebie.



Wreszcie postawa Stańki wobec samego życia, częściowo zaskakująca, bo jego muzyka na ogół mocno depresyjna (kiedyś lekarz mi zakazał jej słuchać...), a on pełen specyficznej afirmacji, kontemplacji nawet świata. Trochę taki new age, ale bezpretensjonalnie i bez zgredowstwa. Last but not least przekonanie o konieczności ciągłej rozwoju, doskonalenia i nauki (68 lat!), w związku z czym Stańko stale muzycznie eksperymentuje, zmienia składy i za wszelką cenę unika odcinania kuponów.

I już ostatnia pochwała dla książki. Język. Jest autentyczny. Jest pełen wulgaryzmów, wrzuconych od tak, czasem jako przecinek, czasem dla emfazy, czasem z podekscytowania. Jest taka grupa na Facebooku – nie ufam ludziom, którzy nie przeklinają. Zdecydowanie ufam Tomaszowi Stańce.

środa, 23 czerwca 2010

JKM, czyli dlaczego Korwina-Mikke uważam za zło porównywalne, o ironio, z Lepperem

Jak wiadomo odbyły się wybory. Wybory te w pierwszej rundzie wygrał wąsaty Bronek, ale końcowe zwycięstwo z Kaczorem jest okupione cokolwiek wieloma niewiadomymi. Ponieważ nie mam z tym problemów (jak wielu moich rodaków) powiem wprost, że głosowałem na Brona, a to gdyż bo ponieważ z dwóch powodów. Primo partia rządząca powinna dostać szansę na pełnię władzy, tak aby mogła wziąć pełną odpowiedzialność za państwo. Dopóki Prezydent eRPe jest z innego obozu, nie mogą realizować tego co planowali, tak chociażby jak PiS przez dwa lata. Sekundo upatruję szans na lepszy rozwój kraju jednak pod przewodnictwem PO, a nie PiS. Niemniej, co chcę zaznaczyć, szanuję osoby, które głosują na PiS i nie utożsamiam ich (z zasady) z idiotami. Potrafię zrozumieć tok rozumowania ludzi wspierających tę opcję, niemniej nie podzielam go.



W tym wpisie chciałem jednak krótko poruszyć wątek mojego ulubieńca a rebours, czyli Janoosza Coorvin-Mikke, który to osiągnął wynik, jak na jego możliwości, więcej niż przyzwoity. Jest to przypadek fascynujący, gdyż kandydat ten cieszy się sporym poparciem wśród ludzi wykształconych, dobrze sytuowanych finansowo i politycznie świadomych. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruję co najmniej kilku.

Po pierwsze, JKM jest zatwardziałym liberałem podobnie jak na ogół jego wyborcy. Po drugie jest niepoprawny politycznie co bardzo się podoba w naszej, polskiej rzeczywistości, w której polityczna debata sprowadza się do gry towarzyskiej typu "Flirt", gdzie wszystkie odpowiedzi na wszystkie pytania są z góry znane i do bólu poprawne, aby tylko ktoś się nie obraził. Tacy to już jesteśmy w tym Polandzie przewrażliwieni na słowo, nie mniej to trend ogólnoświatowy. Po trzecie działa efekt snobizmu, postępującego w naszym świecie egocentryzmu, konieczności odróżniania się i bycia na każdym kroku alternatywnym i niezależnym (ale od czego?). -O nie, ja nie mogę być w większości, muszę głosować inaczej niż ci wszyscy Komorowszczycy. Zagłosuję na Korwina, on jest ZABAWNY, mówi ŚMIESZNIE i INACZEJ niż wszyscy! Wreszcie po czwarte, wizja państwa prezentowana przez JKM jest nęcąca, wszystko łatwo tłumaczy i znajduje cudowne recepty na każdą bolączkę, uwzględniając poranną sraczkę. ZUS i KRUS działa niewydolnie – zlikwidujmy ZUS i KRUS, nie dość, że nie będą działać niewydolnie (bo w ogóle nie będzie działał – proste!) to jeszcze oszczędzimy kupę kasy, no i nie trzeba będzie płacić na nierobów i starców. No zajebiście, że też rządzący jeszcze na to nie wpadli! Unia Europejska jest synonimem biurokracji – wystąpmy z niej, toż to faszyzm gorszy od Hitleryzmu, zapomnijmy o jakichś tam funduszach unijnych czy unijnych swobodach. Wprowadźmy karę śmierci, kładąc lachę na międzynarodowe zobowiązania, budujmy bombę atomową, będą się z nami liczyli Amerykanie.

Z powyższych, a zapewne i innych pobudek, apologeci JKM głosują na niego żarliwie zdając się zupełnie abstrahować od takiej drobnej rzeczy w tym całym galimatiasie wyborczym jak rzeczywistość. Bo spróbujmy sobie wyobrazić jak wyglądałaby kraj, gdyby (Boże broń!) JKM miał pełnię władzy. Toć gdyby on chciał wprowadzać swoje plany w życie (co jednak w warunkach demokracji jest nierealne), nie minął by miesiąc, a na ulice wyszła by tak z czwarta część Polski (górnicy, hutnicy, stoczniowcy, urzędnicy, nauczyciele, pielęgniarki, feministki, lewicowcy etc.) żeby zbiorowo zamanifestować jak to im się podobają pomysły JKM. Alternatywnie, zakładając, że JKM przykumał by, że sorry, obietnice obietnicami, ale teraz jest proces rządzenia i robię co się da, pogrążyłby się w trzy miesiące, no sześć. JKM bowiem tak nadaje do warunków demokracji, gdzie trzeba zawierać doraźne kompromisy, walczyć cierpliwie i wytrwale o każdą jedną decyzję czy mówić ludziom to co chcą usłyszeć, jak Jarosław Kaczyński do Stowarzyszenia Wielodzietnych Rodzin.

Disclaimer. To nie jest tak, że nie zgadzam się z poglądami JKM w ogóle. Pewnie, że wiele rzeczy mówi sensownie i ma generalnie sporo mądrych przemyśleń, a jego przekonanie o konieczności wyplenienia roszczeniowej postawy Polaków jest dobrą odtrutką na codzienny polityczny bełkot o ochronie zwykłego człowieka. Trzeba jednak wyraźnie oddzielić dwie rzeczy – skuteczną politykę od posiadania racji czy dobrych poglądów. Jutro, możemy w spożywczaku spotkać przysłowiowego pana Wiesia, z którym wymienimy nasze polityczne poglądy i okaże się, że są one niemal identyczne, a do tego pan Wiesio jest bardzo sympatyczny i elokwentny, nawet jeśli wali od niego trochę denaturatem. Czy to oznacza jednak, że poparlibyście go w wyborach? No chyba nie. Ponadto, jakby nie patrzeć głosujemy jednak w sprawie gałęzi, na której siedzimy. Ja wiem, że jednostkowy głos nic nie znaczy, ale chyba nikt z nas nie chciałby, aby krajem rządził ktoś zupełnie przypadkowy. Obecne elity polityczne jakie są, takie są, ale jednak kryzysowi zapobiegły i jednak raczej optują za politycznym mainstreamem typu gospodarka wolnorynkowa, UE, NATO.



Obecna polityka to w przeważającej mierze sztuka umiejętnego administrowania, które jest procesem bardzo żmudnym, bardzo trudnym, wymagającym rzadkiej umiejętności zdobywania poparcia, a często zachowywania się jak, mówiąc delikatnie, hipokryta, a mniej delikatnie, skurwysyn. Bo z pewnością w ramach procesu rządzenia nigdy nie zadowoli się wszystkich, co z kolei trzeba zrobić w kampanii wyborczej. Jak słusznie powiedział Otto von Bismarck (ukłony w Twą stronę, Macieju), ludzie nie powinni wiedzieć jak się robi kiełbasę i politykę...

czwartek, 3 czerwca 2010

Don’t Panic We’re from Poland, czyli Polacy na wakacjach w ciepłych krajach

Byłem na wakacjach, na wakacjach ZAGRANICO. Oprócz prymitywnej radości z grzania tyłka w ciepłym piasku, na wakacjach najbardziej lubię obserwować moich rodaków. I tym razem się nie zawiodłem.

Żeby była jasność, inne nacje z pewnością też obfitują we wczasowiczów, może trochę zagubionych i mało rozgarniętych, ale my (Polacy!) mamy chyba jakąś taką cudowną, wrodzoną skłonność do wyróżniania się w tłumie... Dużo nas, jesteśmy widoczni, jesteśmy głośni.



Obrazek Pierwszy – All Inclusive, czyli wszystko wolno, ale wolność to też obowiązek, czyli grzech nieumiarkowania w jedzeniu i piciu

Jeżeli już został wykupiony pakiet bez ograniczeń, oznaczać to musi jedno, trzeba go wykorzystać. Al nie oznacza w żadnym razie prawa, AI oznacza obowiązek. A zatem Polak przystępuje do konsumpcji totalnej! Jedzeniu i chlaniu nie ma końca.

Powiedzieć, że Polak staje się stałym klientem baru, to nie powiedzieć nic. Toć on staje się jego immanentnym elementem. Stałym eksponatem, jak stołki barowe, kolorowe drinki z palemką czy blat. Odpowiada również za nieustanny niedobór szklanek, gdyż będąc przezornym (w tej mierze-zawsze!) od razu zamawia kolejki na cały, długi, pijany wieczór, zakończony upadkiem alkoholowym rzecz jasna ...

W przerwać pomiędzy konsumpcją alkoholową, żeby gorzała żołądku nie wypaliła, trzeba się jednak pożywić, a szwedzki stół sprzyja temu w dwójnasób. Po pierwsze jedzenia jest wpiździet, a po drugie nikt nie patrzy na ręce. Żeby chociaż nasz rodak grzecznie czekał w kolejce na swój posiłek. Niestety, postkomunistyczne przeświadczenie, że dla mnie zabraknie jest silniejsze, więc trzeba się przepychać, z cudownie rozbrajającym komunikatem – ja tutaj stałem...

Obrazek Drugi – Zasady są po to, aby je łamać, czyli grzech chciwości

Pomimo znacznie rozszerzonego zakresu sfery wolności wakacyjnej, spowodowanej AI, Polakowi jest wciąż mało. Ot, taki to już widać naród romantyków z wrodzonym instynktem wolnościowym. Główną zasadą AI, jest zakaz zabierania żywności z hotelowej restauracji. Tym większa zatem radość, gdyż zakazany owoc smakuje najlepiej. Na własne oczy widziałem, jak mój rodak (zwany dalej „Gdzie byłeś” od ciągłego odpytywania mnie w ten sposób – ubek, donosiciel mały, rodzinne resentymenty za dawnymi czasami jakieś?) obmyślił całą akcję robienia obsługi hotelowej w przysłowiowego wała. Oto Gdzie byłeś?, zaopatrzony w plecak typu Campus, przebiegle zajmował miejsce przy dużym stoliku w samym rogu sali, niepostrzeżenie wyciągał na kolana białą chustkę (niby przed samo ubrudzeniem prewencja-salonowiec) po czym systematycznie kładł na nią co następuje: banany, pieczywo, ciastka, ogórka, pomidory, tłuczone ziemniaki. Następnie, w oparciu o metodą zapadni, wyżej wymienione artykułu lądowały na dnie plecaka. Ale, ale! Gdzie byłeś? dodatkowo w celu wyprowadzenia niecnych tubylców w pole, plecak przekazywał pod stołem swojemu wspólnikowi, po czym pewnym krokiem obaj wychodzili, aby świętować zwycięstwo w pokoju i dzielić „łupy”.

Obrazek Trzeci – plażowanie, czyli grzech pychy

Powszechny obrazek i widomy dowód świadczący o pobycie w ciepłym kraju, czyli opalenizna na raka. Czerwień na ciele jest nawet bardziej czerwona, niż najbardziej zatwardziały elektorat SLD. Do tego odchodzące z pleców całe płaty skóry – estetyczny skandal, obleśność. Prawdziwy Polak wódce nie odmawia, ale olejkowi do opalania już tak (pewnie dlatego, że nie ma procentów). Twardziel, macho, Pudzian. Co ja pedał jestem, żeby się smarować? Natura jednak oszukać się nie da, toteż drugiego dnia turnusu, jak i każdego następnego, aż do wylotu, najważniejszym plażowym atrybutem staje się nierozłączna biała koszulka typu T-shirt z nieodłącznym napisem - Łeba 98’, Jestem seks-instruktorem, Piwo Żuber, Zakopane, Licheń, Bobry, CHWDP...



Epilog – światełko w tunelu

Wizerunek Polaków ZAGRANICO co tu dużo mówić nie jest zbyt pochlebny. Klapki Kubota z białymi skarpetkami, bro w dłoni lewej, szlug w prawej (wymiennie), łysa glaca lub platynowe odrosty, kurwa na języku, wszystko głośno i z przytupem, a motto jego JESTEM NA WAKACJACH. Jest jednak przynajmniej jedna nacja, której wizerunek puka w dno od spodu - Rosjanie ...

Mój osobisty faworyt wśród reprezentantów naszych wschodnich sąsiadów, wyróżnił się tym, że pierwszy raz z hotelu wyszedł chyba w dniu wylotu, przez cały tygodniowy pobyt nie zmieniał stroju, garował od rana do rana, w pijackim widzie wwalił się w trakcie pokazu tańca lokalnego, na tancerkę, a razu pewnego zamówił drinka, którego chyba nawet sam autor kultowej książki „Moskwa. Pietuszki” - Wieniedikt Jerofiejew by nie wymyślił – pół szklanki whisky, shot likieru, shot wódki wraz z odrobiną sprite na wierzchu... Oć, kurwa!

środa, 21 kwietnia 2010

Wszyscy jesteśmy Kapuścińskimi

Czytam książkę pod tytułem Kapuściński. Non-Fiction. Jest to biografia. Biografia ta daleka jest od hagiografii i lizania Kapuścińskiego po fiutku. Reszty dowiecie się z gazet. Pardon, już się pewnie dowiedzieliście. Więc, jak wiadomo, jest to książka kontrowersyjna, albowiem, różne grzeszki Kapuścińskiego na światło dzienne zostały wyciągnięte. Po lekturze tej książki, a raczej po tym co wyczytali jedni z drugimi, w jednej bądź drugiej gazecie, powszechny tumult się uniósł – Kapuściński był jebaką, mitomanem i partyjniakiem. Czyli mniej więcej jak co trzeci Polak w minionych czasach.



Cały problem, jak mniemam, z biografiami polskich tzw. autorytetów sprowadza się chyba zawsze do tego samego. Mianowicie OP (opinia publiczna – czymkolwiek ten dziwoląg jest, nie wiem, ale małpuję za Wyborczą) nie traktuje ich jak ludzi, lecz jak pomniki – dostojnie stojące na firmamencie grubo ciosane głazy. O ile nic się w tej mierze ostatnio nie zmieniło, pomniki nie jedzą, nie piją, nie oddają moczu do rynsztoka, nie rzygają w klubach, a już tym bardziej nie kopulują poza małżeńskim łożem. Jeżeli zatem jeden kołtun z drugim dowiaduje się potem z książki, że jakiś tam Kapuściński cudzołożył (i to pewnie w Afryce! Z czarnym ludem!) święcie się oburza, pali całą jego biblioteczkę na stosie i wyklina nazwisko jako trędowate. Pomnik nie może mieć bowiem, żadnych ludzkich przymiotów, a tym bardziej ludzkich słabości. Jedyny zatem los jaki może czekać Pomnik-wiarołomcę, który owe słabości okazał się mieć a i owszem i w nadmiarze, to transport do najbliższego zakładu kamieniarskiego (żeby chociaż do Himilsbacha).

Przykład Kapuścińskiego nie jest tu nowy, ostatnio na topie była biografia Lecha Wałęsy aka TW Bolka pióra niejakiego Zygzaka – prawicowego hunwejbina. Wałęsa, mówiąc łagodnie, nie został w niej przedstawiony jako elektryk ucieleśniający światłość mądrości czy uczciwości. To jednak przeciętny obserwator polityki i losów Wałęsy powinien wiedzieć od dawien dawna, natomiast z książki można było usłyszeć również uroczą anegdotkę, jak to młody Lechu w komży pod wpływem naporu dróg moczowych postanowił nie biec do oddalonej sławojki, lecz wysikać się do kropielnicy w kruchcie (pozostaje nam mieć nadzieję, że na sikaniu się skończyło).

Jeszcze wcześniej z lubością dokopano Czesławowi Miłoszowi, który w swoim czasie nieprawomyślne ciągoty prezentował ku komunistycznej władzy. Kaczmarski – wiadomo degenerat, chlejus i prześladowca dziecka. Kołakowski – komuch. Geremek – szkoda gadać. Kuroń – uuu, ten to dopiero.

Wróćmy jednak (jak mawia znamienity poseł PSL) do ad remu. Z lektury Domosławskiego, przynajmniej dla mnie osobiście, nie wynika wcale, aby Kapuściński był człowiekiem niegodziwym, a już z pewnością, iżby przez całe swe życie nic tylko zajmował się wkręcaniem swoich czytelników. Jeżeli ktoś odczytywał jego książki dosłownie, traktował reportaże ze stuprocentową powagą i wszystkie opisane historie jako do bólu prawdziwe to jego problem. Niemniej powinno się to wydawać trochę dziwne, bo zgodnie ze wszelkimi prawidłami przyrody, ubarwianie, przerysowywanie i dopowiadanie jest naturą człowieka, a co dopiero Polaków. Umówmy się, czyż opowieści o Kongu nie czyta się lepiej, jeżeli Kapuściński mówi nam jak to z Lumumbą popił, albo czy komunistyczne rewolucje w Ameryce Południowej nie pobudzają do pisania na murach „Młodość! Równość! Rewolucja! Polska!”* (niepotrzebne skreślić), jeżeli sam Che Guevara tłumaczy ich sens naszemu dzielnemu reportażyście? Analogicznie, czy opowiadań naszych znajomych o weekendowych baletach nie dzielimy z zasady przez trzy, a deklarowanej ilości wypitego alkoholu przez dwa? A jeżeli prawda nie zgadza się z rzeczywistością? Tym gorzej dla rzeczywistości! Ot i co! Wszyscy jesteśmy hipokrytami, ale takimi w dobrej wierze i zasadniczo nieszkodliwymi, a kto jest bez winy niechaj pierwszy rzuci butelką, pardon kamieniem.



Innymi przyczynami kontrowersji wokół wzmiankowanej książki jest chyba żywotność w polskim zabobonnym ludzie skłonności do mówienia o umarłych wyłącznie dobrze (czyli a contrario, o żyjących należy mówić wyłącznie źle?), a także poprawność polityczna. Domosławski, jak wiadomo był poza wszystkim asystentem Kapuścińskiego i pono przyjacielem, zatem poprawność polityczna nakazywałaby stworzenie ołtarzyka, przed którym na kolanach odmówił by o poranku i z wieczerzy zdrowaśkę w intencji „Whielkiego Reporthera”. Tymczasem Domosławski postanowił brejkać rule i napisał jak chciał i co chciał.

Skromnym zdaniem niżej piszącego, książka ta niczym zasadniczo wspaniałym się nie wyróżnia, jest li tylko bardzo dobrym warsztatowym pisarstwem biograficznym i na tzw. Zachodzie (zawsze ten zachód, a może raz wschód?) przeszła by zapewne bez większego echa. Prawdopodobnie, bo do cholery po to tym biografom płacimy, żeby wynaleźli coś o czym nie wiedzieliśmy, w Polsce za jakieś 10 lat każda biografia będzie pisana w ten sposób, tzn. w normalny. Nieuciekający od spraw mniej chwalebnych, a nawet wstydliwych dla opisywanej persony, co jest zgodne z interesem gawiedzi, która o niczym tak nie marzy jak tylko dowiedzieć się, że komuś wyrastającemu ponad nią powinęła się niegdyś noga. Nie ma co natomiast biadolić o niszczeniu autorytetów, mieszaniu ich z błotem, bo jest to bajka dla dobrych dzieci z dobrych domów, a jak celnie powiedział Mistrz Kołakowski – wszyscy i tak ostatecznie jesteśmy nieudacznikami...

wtorek, 20 kwietnia 2010

I po żałobie

O Tragedii wiedzą wszyscy, nie jest moją intencją w tym miejscu eksponować swoich z tego powodu wzruszeń, bo i pewnie były one tożsame wielu innym osobom. Absolutnie niedowierzanie i ogromna trwoga wobec obrazków z sobotniego poranka. Dojmujący, choć partykularny żal i smutek. Zasadnicza niezgoda wobec straty osób wartościowych, kompetentnych, dobrych. Początkowe spontaniczne wzruszenie postawą ludzi, szybko wszak zderzające się z poczuciem nieuchronnego powrotu tzw. starego, wyrastającym w pewnej mierze z cynizmu i pesymizmu, lecz jednocześnie obarczone smutkiem, że tak być najzwyczajniej w świecie musi. I ten Katyń, niewyobrażalna, bezkreśnie dręcząca symbolika miejsca, czasu i zdarzenia.





Jedna rzecz, której nieodmiennie pojąć nie potrafię przy każdej okazji narodowej żałoby (nawet jeśli ta była żałobą najstraszniejszą) to wezwania i nawoływania bardzo różnych osób do bliżej mi niezrozumiałej zgody i jedności Narodu. Osoby ze świecznika, z prawicy i z lewicy, z kościoła i spoza niego, w uniwersyteckich togach i robotniczym uniformie wyrażają w mniej lub bardziej zawoalowanej formie nadzieję, że pod wpływem zdarzenia, będziemy (po pierwsze nie lubię jak ktoś używa formy pierwszej osoby liczby mnogiej) lepsi, będziemy razem i wreszcie, że ci w Sejmie nie będą się kłócić.
Skąd ta irracjonalna wiara, skąd w ogóle abstrakt jakiegoś wiecznego pokoju i zgody, który ma nas Polaków spotkać, skąd te nadzieje? Powodów jest pewnie całe mnóstwo, natomiast najbardziej mnie dziwi, iż mówią to osoby nieraz zdawałoby się głęboko świadome rzeczywistości i jej nieuchronnego skomplikowania.
Omówmy się, polityka to nie jest, jak słusznie powiedział swego czasu reżyser Pasikowski, dziennik telewizyjny. I nawet szkoda miejsca tu na frazesy, że demokracja rządzi się swoimi prawami. Nie wiem natomiast, dlaczego ktoś uważa Polską politykę za szczególnie ubabraną w błocie. Nasze partie się kłócą, nasi politycy się spierają (po to ich wybraliśmy...), lecz zgoła nie w jakiś szczególnie spektakularny sposób. Jasne są rozmaici pyskacze, ale nieodmiennie stanowią margines wobec politycznego mainstreamu. A zresztą co z tego? W takich na przykład Włoszech, niejaki Silvio Berlusconi, ku ogólnej uciesze nazywał swojego oponenta per „Fiut”, na Ukrainie przepychanki w parlamencie są na porządku dziennym, a w Korei Południowej (to ta lepsza, bogatsza) w czcigodnej izbie niezbędne było otwarcie pogotowia, wobec stałego cielesnego obijania się po mordzie i w inne czułe części ciała. To tak tytułem przykładu. Dwa z trzech powyższych krajów są znacznie bogatsze od nas i bieżąca walka (dosłownie!) polityczna w żaden sposób nie wpływa negatywnie na gospodarkę kraju, a wręcz przeciwnie. Oczywiście są też kraje, gdzie kultura polityczna jest o niebo lepsza i gospodarka też ma się świetnie, ale trudno powiedzieć, iżby istniała jakakolwiek zależność pomiędzy oboma zjawiskami. W tym więc zakresie, trudno mi sobie wyobrazić w czym żałoba miałaby pomóc. Hipotetycznie, Palikot wycofałby się ze swych wystąpień. Co by to zmieniło? Nic.
Zupełnie już bezmyślnym postulatem natomiast, jest nadzieja na porozumienie polityków co do kierunków działań służących Polsce. Toć tego rodzaju myślenie urąga wręcz wierze w rozumność polityków! Innymi słowy powinni oni zrezygnować ze swoich wieloletnich działań, idei, poglądów. Innymi słowy taki np. Donaldu Tusku powinien przestać wierzyć w liberalny (powiedzmy) model Państwa i stać się zwolennikiem IV RP. Oto pół politycznego życia powinien puścić w niepamięć i uznać je za niesłuszne. Oto przez pół politycznego życia błądził, a wszystkie jego starania były w innymi, niż Państwa, interesie. Jeżeli wierzymy w partykularną pryncypialność i ideowość naszych polityków, czyli w to, że jednak służą racji stanu, to nie do pomyślenia jest, iżby pod wpływem żałoby powinni zmienić swoje poglądy. Ba! Oni powinni się jeszcze w nich umocnić, w tym sensie żeby wzmóc działania w celu ich realizacji. Jeżeli wierzymy, że chcą bezpieczeństwa i dobrobytu naszego kraju, to nie tylko nie powinni oni swoich stanowisk porzucać, lecz zgoła powinni oni z jeszcze więszką gorliwością dążyć do ich materializacji.
Patetycznie. Jedyny wymiar w jakim Tragedia może coś zmienić, to wymiar indywidualny. Bliżej niezidentyfikowany stary przestanie prać małżonkę i nadużywać alkoholu, baba zdradzać z każdym swojego chłopa, pani w sklepie oszukiwać swojego szefa, a szef ją gnębić i wykorzystywać. Prawnik zrewiduje swój cynizm i wyrachowanie. Subtelny intelektualista przestanie być arogantem i egoistą dla „zwykłego” człowieka. Oczywiscie i tu wszelkie nadzieje są płonne. Ktoś w gazecie jutro powie, że stał się lepszym człowiekiem, zmienił się dla Kaczyńskich. I to będzie prawda, gdyż wszak możliwe i przewidywalne są jednostkowe metamorfozy pod wpływem tego akurat zdarzenia. Ale one dzieją się codziennie. Ale one dzieją się rzadko.

sobota, 3 kwietnia 2010

Wierzymy w internautów

Internet to zaiste wielki wynalazek. Jedni mówią, że świat zmienił się wraz z powstaniem YouTuba, inni, że bez google to nawet nie wiedzieliby jak spuścić wodę w kiblu, a onegdaj byli i tacy, co twierdzili, że tydzień bez fejsa to gorzej nawet jak mieć trypra przez miesiąc. Jednakowoż ja twierdzę, że to co internet dał nam najlepszego to komentarze internautów.



Komentarze internautów to cały kosmos i to w sensie ścisłym. Spotkać można w nim dosłownie wszystko. Przez światłe eseje po bieżące wylewanie frustracji. Od wysublimowanych pamfletów do rynsztokowego rzucania ścierwem. Przez literackę polemikę ex catedra po swojskie „spierdalaj!”. Z komentarzami interautów mam osobiście (choć z pewnością nie jestem w tym odosobniony) wiele wspomnień humorystycznych, gdy ostatnimi siłami siedziałem na krześle, pomimo obiektywnych powodów ku temu, aby z niego spaść ze śmiechu wobec wypisów internetowych grafomanów. Trudno o jeden klucz udanego, wywołującego spazmy śmiechu wpisu. Czasem może być to wyrafinowane nabijanie się z tekstu, czasem totalnie off-topicowe wtrącenie, czasem znowu reakcja na inny komentarz, reakcja na reakcję, a nawet reakcja na reakcję w następstwie reakcji.


Internetowe komentatorstwo jest ponadto galerią mniejszych lub większych freaków, toposów i motywów. Wszystkim nam jest zapewne znany „ekspert” – A: Witam, jestem ekspertem od Formuły 1, proszę o zadawanie pytań.; B: Co się stanie jak Kubica założy kask tył naprzód? A: To bardzo proste. Pojedzie w drugą stronę. Albo inny motyw – Proszę! Błagam! Pomóżcie mi znaleźć chociaż jeden szczegół, który różni Kaczyńskiego od Jaruzelskiego, Nelly Rokity, Krzysztofa Kononowicza, hydraulika, kota Alika, Irasiada, krzesła, rury, domofonu etc. Albo jak myślicie, co robi X na zdjęciu, np. Jakie, inne niż wiewiórka, zwierze zwisa Bońkowi pod nosem.
Internetowe komentarze są źródłem wszelakiego humoru absurdalnego, ale też i niepoprawnie politycznego, moralnie dwuznacznego, sprośnego czy wszetecznego. To natomiast co stanowi o jego niewyczerpalności to bezdenność wyobraźni, lecz głównie – bądźmy szczerzy - głupoty, internautów.



Spróbujmy jednak przebadać przypadek kliniczny. Za przedmiot analizy obrałem utwór Pioter Rupik feat. Iwona Wągierowska – Magiczna Moc na portalu YouTube, liczba wyświetleń 829327, liczba komentarzy 510.
Zaczyna się klasycznie i rzekłbym uniwersalnie – [macho417] Ja pierdole. A więc prosta i dosadna, skądinąd słuszna, dezaprobata dla poziomu artystycznego piosenki. Zgodnie jednak z dialektyczną teorią dziejów, tezie musi odpowiadać antyteza – [myszka20061] supcio!!!. Są też i komentarze kompromisowe – [ahaaa15] niektóre piosenki Rubika są naprawdę ok, ta jest beznadziejna, tzn. melodia i głos Iwony są w porządku, ale tekst durny! – Pan (Pani?) gra klasyczną rolę internetowego natręta, chcącego się za wszelką cenę podzielić swoją opinią z całym, Bożym światem (bez wzajemności). Jest takich natrętów oczywiście więcej – [RozoweUcho] Piosenka wpada w ucho. Tylko to się liczy dla mediów, dla promocji i dla mas. Wartość merytoryczna, tekst, muzyka to kwestia drugorzędna, którą zajmują się tylko Ci, którzy mają o tym pojęcie, bądź malkontenci, którzy skreślają wszystko dla zasady, używając mądrych słów, tak naprawdę nie mając odpowiedniej wiedzy na ten temat. W tym momencie muszą się również pojawić eksperci - [kbkryfon] jak się nie znasz na muzyce to możesz sobie rzygnąć - patrzysz wyłącznie na swoje gusta muzyczne nie mają pojęcia o muzyce - teorii, technice - nie wypowiadaj się lepiej. Jako muzyk powiem Ci że Rubik i Iwona to świetni muzycy., którzy jednak oceniają piosenki podług różnych kryteriów – matematycznych - [BlackGothicMusic] teledysk na 5, muzyka na 3 średnia 4, poetyckich (?) - [domi000domi] nie liczy sie tekst tylko interpretacja :) skoro brak ci kreatywnosci aby zinterpretowac tekst to nie dziwie sie ze ci sie nie podoba :p, oraz sentymentalnych - [Hystericalish] Pieknie wyspiewana historia przez Iwone, ale tak to jest z nastolatkami.... Szybko jednak odpór dają uroczy troglodyci, w tekstach których trudno w ogóle znaleźć jakikolwiek sens - [amanda2ful] świetna piosenka ale on lepij wyglądał w bląd włosach , ale ogulnie spoko, związek przyczynowo-skutkowy - [powrot8] Nie rozumieją ci, którzy utożsamiają miłość z seksem, ot i wszystko, ale są i tacy dla których miłość tożsama jest z biznesem, zatem Pan Rubik nie dla nich pisze i komponuje swoje utwory czy wręcz dowód funkcjonowania rozumu jako takiego [kami9889] piosenka jest piękna bardzo melodyjna i nader spokojna a komu sie ona nie podoba to niech idzie posluchac prostych kiczów nad ktorymi nie trzeba bedzie sie wielce zastanawiac by zrozumiec ich sens.



Nie brak również typowych frustratów pod wezwaniem kurwakurwakurwa, wyraźnie przewrażliwionych na punkcie słów powszechnie uznanych za wulgarne - [Kasia1989ful] RUBIK to kurwa pedał farbuje się i uśmieszki kurwa wali jak pedofil zryty chuj...., którzy również mogą jednak liczyć na szybką ripostę - [gebet2000] sam jestes gówno. Do pełni szczęście brakuje już tylko niezawodnych wujków dobra rada - [bonifacykot] Rubik bierz się za klasykę, bo pop to Ci nie wychodzi! [Sic! – nie wierzę – dopisek własny autora], również z grafomańskimi zapędami - [protestuje] Nowy tekst dla Wągrowskiej "Pieję pieję jak stara kura, bo mi w gardle osiadła męska rura. Po co się męczyć, po co czas marnować, skoro dla debili mogę występować. Tak mnie wielbią i tak się mną srają, bo takich debili jak mnie tylko kochają[...]. Momentami dyskusja zmierza w meandry zagadnień logiki - [Darkievicz] "Byłeś kiedy cię nie było. " Zdanie nie poprawne w sensie logicznym. N1 dla autora tekstu. Reszta tak banalna i prosta jak łyżka do obuwia; [SiTrickster] Nie ma czegoś takiego jak zdanie poprawne w sensie logicznym. Logicznie zdanie może być jedynie prawdziwe lub fałszywe (w logice klasycznej). Zdanie "Byłeś kiedy Cie nie było." jest poprawne syntaktycznie. Semantycznie też jest poprawne, ponieważ język naturalny nie posiada ograniczeń na poprawość semantyczną. Semantyka i składnia zdania niewiele mają do logiki, tak jak to jest w przypadku niektórych zabiegów stylistycznych, np oksymoronu (np. czarna biel).



W tym szaleństwie można jednak znaleźć i perełki, które okazują się być, niezamierzenie, najbardziej kompetentnym i zdradzającym wizjonerstwo komentarzem – [Mirabax] Nie no słowa faktycznie troszkę bez sensu. Muzyka fajna, ale bez słów chyba byłoby lepiej – no i rzeczywiście, eureka!, gdyby tylko z polskiej muzyki usunąć teksty...

Na koniec tego bezkresnego teatru absurdu, ponieważ teksty należy wieńczyć puentą, mój dzisiejszy komentatorski faworyt, który zupełnie przypadkowo okazuje się być pięknym podsumowaniem - [Krnklz] ale gowno rubik to frajer a zarabia wiecej niz wszyscy ktorzy pisza tu komentarze ... dno ...

środa, 31 marca 2010

Maciejowski Whielkim artystą jest!

Polski artysta malarz spode Krakowa, współczłonek kultowej grupy ŁADNIE. Z wyglądu podobny zupełnie do nikogo.

Oto on!

I co głupio Wam teraz?

A tak poważnie, to kochamy Maciejowskiego za jego ukoronowanie wieśniactwa i patologii.